Jak okręt pod pełnymi żaglami... Jak okręt pod pełnymi żaglami...
Chciałem coś napisać. Odczułem wewnętrzną potrzebę, jak za dawnych lat: usiąść i pisać. Szkoda tylko, że pisanie nie przychodzi mi tak łatwo niegdyś. Pamiętam 4 lata temu, potrafiłem usiąść w nocy przy komputerze, odpalić notatnik tudzież worda i zacząć pisać. Pisałem o różnych rzeczach, dzienik/pamiętnik, opis sytuacji z każdego dnia, moich wewnętrznych odczuć, moje problemy. Raz udało mi się napisać opowiadanie na 16 stron… Ach, jakże to wszystko kiedyś łatwo przychodziło. Pamiętam jak pisałem artykuły do e-zinów internetowych takich jak inferno, nastolatek, pomagałem w redagowaniu portalu www.nastolatek.pl - pisywałem tam dość często i dość ciekawie. Pamiętam, że każdy problem, z którym się stykałem potrafiłem przelać poprzez literki do dość sporej ilości ludzi. Szkoda, że z czasem wraz ze wszystkimi ambicjami i chęcią do życia pisanie wypaliło się tak samo, jak cała reszta.
Nie wiem, co się stało, ale był taki okres, że w ciągu jednego roku wszystko się nasiliło. Odechciało mi się kompletnie wszystkiego, a jednak nadal pozostawała we mnie jakaś wewnętrzna siła i nadzieja, które mówiły mi, że może… może jednak nie wszystko jest stracone. Jakże to wszystko było złudne… Wszystko umarło. W roku 2005, kiedy to mam robić maturę, przyłożyć się do postawionego mi zadania, wybrać dalszą drogę w życiu, studia, cholerne wykształcenie - ja nie wiem, co mam robić. Nie wiem? Nie... to chyba jednak nie to, ja to po prostu serdecznie pierdolę. Nie obchodzi mnie za bardzo czy obleję, czy pójdę na studia czy nie, co będę robił, czy w domu będzie kolejna afera, czy znowu kogoś skrzywdzę, czy się jutro rano obudzę, czy pójdę do łazienki się umyć. Nic z tych rzeczy mnie nie obchodzi. Wszystkie moje marzenia, które dosłownie jeszcze dwa lata temu iskrzyły się we mnie, wszystkie wyobrażenia o tym, kim jestem, kim będę i czym się będę zajmował - to wszystko bezpowrotnie zginęło, zniknęło... zostało odesłane z tego świata i już nigdy, ale to nigdy nie wróci. Teraz mogę odważnie stwierdzić, iż cała siła życia, wszystkie marzenia, pragnienia mnie opuściły i nigdy, ale to nigdy nie odzyskam w sobie tej napędzającej do przodu iskierki. Nigdzie nie odnajduję szczęścia, nigdzie.
Próbowałem wielu rzeczy, ale nic nie dawało mi satysfakcji, w niczym nie mogłem odnaleźć samego siebie. Szczęścia nie ma, a nawet jeżeli jest, to tak zwani optymiści, którzy cieszą ryja z każdej rzeczy i na okrągło pieprzą, że życie jest takie cudowne i kolorowe zabierają całe to szczęście. Przyciągają je do siebie i pod żadnym pozorem nie chcą oddać, bo wiedzą jak cenne ono jest. Co na to wszystko wpływa? Co jest powodem mojej długotrwałej depresji i tego, iż boję się przyznać przed światem, że chciałbym go opuścić, bo nie widzę dla siebie żadnej drogi? Czy gdybym znalazł kochającą dziewczynę, z którą w ułamku wieczności, jakim jest moje życie zaznałbym tej odrobiny drogocennego i upragnionego szczęścia, świat stałby się lepszy? Ja stałbym się lepszym człowiekiem? Absolutnie nie...
Moje zło, moja nienawiść do świata, do ludzi żyjących w tym kraju... skąd się wzięła? Czy chciałbym wszystko, co ciemne, wyplenić? Dlaczego z jednej strony potrafię dopierdolić drugiemu człowiekowi w taki sposób, że poczuje się jeszcze gorzej ode mnie? Jeszcze mniejszy i bardziej bezwartościowy... Czy właśnie po to, aby dowartościować samego siebie? Dlaczego z drugiej strony otwieram nocą okno i widzę pochmurne niebo, padające z wolna płatki śniegu i czuję, czuję wiatr na mojej twarzy, dlaczego wtedy mam uczucie idealnego piękna, spokoju i jednolitej harmonii wszystkiego, co istnieje we wszechświecie? Dlaczego nie mogę być prostakiem i chamem, nie widzącym niczego poza własnymi codziennościami? Dlaczego muszę patrzeć dalej, dlaczego muszę się zastanawiać nad sensem wszystkiego, co dookoła mnie się znajduję? I co z tego mam? Coraz większą niechęć do ludzi, alienację, pogłębiające się poczucie beznadziejności...
Marność, ogarnęła mnie wszechogarniająca marność, przed którą nie jestem w stanie się ukryć. Dekadentyzm... sztuka, piękno, błogość i nieodłączne chamstwo. Aktor na scenie, który zgubił swoją maskę. Och ... kimkolwiek i gdziekolwiek jesteś, dlaczego, dlaczego?
|