Poznałem we wrześniu pewną dziewczynę. Miła, trochę rozgadana, brunetka. Ładne oczy, figura, itp. Miała na imię Karolina. Zaczęliśmy się przyjaźnić.
Wspólne wypady motorem gdzie nas oczy poniosą, wspólnie spędzane wieczory. Byliśmy jak dobrzy kumple. Doskonale się z nią rozumiałem, praktycznie bez słów. Nieraz wystarczyło jedno spojrzenie i wiedzieliśmy, o co któremuś z nas chodzi.
W miarę upływu czasu zbliżaliśmy się do siebie coraz bardziej. Przytulanie, "gdy było jej zimno", siadanie na kolanach, bo "nie ma miejsca na ławce", itp. Lubiłem ją za to, że nie osądza mnie po wyglądzie. Jestem metalem. Ubieram się na czarno, noszę glany, czasem pieszczochy. Jej to nie przeszkadzało. Było w niej coś, czego nie da się wytłumaczyć. Biło od niej takie ciepło...
Pewnego wieczoru poszliśmy na osiemnastkę do jej kumpeli. Był tam też pewien chłopak. Zauważyłem, że Karolina się go boi. Zacząłem ją wypytywać dlaczego, czy coś jej zrobił. To nie było do niej podobne, żeby zachowywać się w taki sposób, jak robiła to, gdy on był w pobliżu. Czasem wręcz trzęsła się jakby w obawie przed nim. Po długich namowach zgodziła mi się powiedzieć o co chodzi.
Gdy usłyszałem co jej zrobił nie wiedziałem, jak zareagować. Okazało się, że gość ją kiedyś na imprezie zgwałcił. Przysiągłem jej, że dostanie za swoje. Bała się, że gdy gość dostanie wpier... wszystkim rozpowie, co się stało. Błagała mnie, żebym nic mu nie robił.
Nie wytrzymałem. Poczekałem aż wyjdzie na podwórko zapalić. Poszedłem za nim. Był z dwoma kumplami. Bez słowa uderzyłem go w twarz. Przepełniał mnie tak wielki gniew, że byłbym go chyba w stanie zabić. Jego kumple nie stali długo bezczynnie. Było trzech na jednego. Oni we trzech, zdezorientowani, mój główny cel miał już rozwalony nos. Ja - sam w glanach z pieszczochami na rękach i przepaską na głowie, "heretyk". Ludzie wybiegli z domu, gdy usłyszeli jak przewraca się stół, na którym ląduje ten chłopak. Nigdy jeszcze nie byłem w takim stanie jak wtedy. Czułem w sobie tyle siły, że bez problemu poradziłem sobie z tymi trzema. Alkohol robił swoje, ale największa była chęć zemsty na tym, który zgwałcił Karolinę. Dobrze, że ona tego nie widziała, że jej tam wtedy nie było.
Finał tej opowieści był taki, że gość miał złamaną rękę, rozwalony nos, naruszoną szczękę i pewnie bardzo bolały go jaja. Zniszczyłem stół, miałem rozwalony nos.
Dopiero po fakcie pomyślałem jakie mogą być tego konsekwencje. Gościu mógł wszystko rozpowiedzieć. Na szczęście mojej przyjaciółki, nawet nie pamiętał tego co jej zrobił. Ludzie natomiast pomyśleli, że ot tak jakichś czterech debili się bije.
Kiedy Karolcia dowiedziała się, co zrobiłem najpierw była zła, potem zaczęła płakać. Mówiła, że tylko ja jeden się nią przejmuję i o nią troszczę. W sumie to chyba miała rację. Rodzicom nie mogła zaufać tak, jak mi. Ja także nie rozumiałem się z rodzicami. Ojciec pijak, a matka wiecznie płacze nad ojcem. Więc uzupełnialiśmy się nawzajem.
Nasza przyjaźń jeszcze bardziej się pogłębiła. Nie wiem, jak opisać relacje między nami, żebyście je zrozumieli. Choć byliśmy przyjaciółmi, mówiliśmy sobie teksty w rodzaju: "Kochanie ty moje". To był jakby wyraz naszej sympatii do siebie. Ale to była nie tylko sympatia... przez ten krótki okres czasu (zaledwie 4 miesiące) wytworzyliśmy między sobą więź, wydawało się nam, nie do zerwania. Nie chcieliśmy się ze sobą wiązać, nie chcieliśmy ze sobą chodzić. Oboje mieliśmy już na koncie niemiłe doświadczenia w związkach.
Ale wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć. Karolcia powoli zaczęła się ode mnie odsuwać. Powoli ta więź, ta piękna przyjaźń gasła w nas. Było coraz więcej kłótni, nieporozumień. W końcu Karolcia doszła do wniosku, że nasza dalsza przyjaźń nie ma sensu.
Nie wiedziałem, co robić. Życie straciło sens i swoje kolory. Karolina przestała pisać, unikała mnie. Nie wiedziałem, dlaczego to robi. Nagle z dnia na dzień powiedziała "cześć".
Wreszcie, po wielu dniach mojej prawdziwej udręki, Karolcia postanowiła się odezwać. Wytłumaczyła swoje zachowanie tym, że ludzie w szkole zaczęli gadać, że ze sobą chodzimy i jej to przeszkadzało. Drugi jej argument brzmiał mniej więcej tak, że poszła do nowej klasy i musiała się tam zaaklimatyzować. To według niej tłumaczyło prawie miesięczne milczenie skierowane do swojego najlepszego przyjaciela, do kogoś, kto wskoczyłby za nią w ogień.
Zdałem sobie w końcu sprawę, że bez Karolci moje życie nie ma za dużego sensu. Ona wyciągnęła mnie z naprawdę dużego doła, dała mojemu życiu nowe kolory i barwy.
Zdałem sobie sprawę, że ją kocham.
Mimo tego, że zaczęliśmy znów ze sobą rozmawiać, to już nie jest to samo. To już nie ta sama Karolcia. Nowa klasa i nowe koleżanki ją zmieniły.
Brakuje mi tamtej Karoliny i tamtych chwil z nią spędzonych.
Żyję ze świadomością straconej miłości, której nawet nie byłem świadom.
"Najgorzej jest być nikim dla osoby, która jest dla Ciebie wszystkim".
|