Ciągle mam nadzieję, że za chwilę umrę. Błagam o to Boga. Błagam. A on mnie nie chce wysłuchać - zresztą jak zawsze... Nie mam zamiaru się oszukiwać, że w końcu wezmę żyletkę, sznur, tabletki czy cokolwiek innego i się zabiję. Bo ja wiem, po prostu wiem, że nie mam tyle odwagi... A może to nie o odwagę chodzi? Może to jakiś instynkt samozachowawczy? Nie mam pojęcia. Ale chcę umrzeć, niczego teraz bardziej nie pragnę...
A może ja śnię? Może jednak za chwilę się obudzę przy Tobie, przy Twoim ciepłym ciele. Spojrzę na Twoją twarz, taką spokojną jak zawsze, kiedy śpisz... Przysunę się do Ciebie bliżej, Ty obejmiesz mnie jedną ręką i przyciągniesz do Ciebie, westchniesz i dalej będziesz śnił... A jak się już obudzisz, to opowiem Ci o tym moim złym śnie. I jak bardzo się cieszę, że to tylko koszmar, że mogłam otworzyć oczy i zobaczyć Cię znów przy sobie. Nadal być szczęśliwą...
Nie, to nie sen. Ten stan różni się od koszmaru tym, że nie obudzę się za parę godzin i Ciebie też przy mnie nie będzie. NIGDY CIĘ JUŻ PRZY MNIE NIE BĘDZIE.
A może ja już umarłam? Przecież już nic nie czuję, nic już w sobie nie mam. Dusza zniknęła, zostało tylko martwe ciało, być może już się rozkłada... Nie wiem, nie czuję. Nie pamiętam też, jak umarłam, nie przypominam sobie, żebyś był obok mnie, trzymał mnie za rękę i prosił, żebym została.
Nie, to nie śmierć. Ten stan różni się od śmierci tym, że moje serce jednak bije. Wiem to, bo kiedy spojrzę na nasze zdjęcie, zaczynam czuć, czuć ból... Tępy i nieustępliwy. Niszczy mnie od środka, nie pozwala mi o tym wszystkim zapomnieć. Zapomnieć, że NIGDY CIĘ JUŻ PRZY MNIE NIE BĘDZIE.
Boże, zabierz mnie stąd...
Wydaje mi się, że właśnie płaczę. To dziwne, bo człowiek nie może chyba tyle płakać, prawda? Łzy powinny się kiedyś skończyć, a oczy być zbyt zmęczone na to.
W zasadzie, to ja powinnam się skończyć, bo jestem już zbyt zmęczona. Nie wiem, jak mam to wszystko poukładać, uporządkować. A może nawet nie tyle nie wiem, co nie chcę. Bo bez Ciebie żaden porządek nie ma sensu. Nic nie ma sensu. Wiesz o tym, wiesz doskonale. Kto jak kto, ale Ty jesteś świadom tego, co ze mną zrobiłeś, do jakiego doprowadziłeś mnie stanu...
Czuję do Ciebie coś więcej niż miłość.
Od kiedy ze sobą nie rozmawiamy, jesteś dla mnie prawie że mityczną, niezwykłą istotą. Nie mogę pojąć tego, że kiedyś mogłam tak po prostu mówić do Ciebie, dotykać Cię, patrzeć na Ciebie. Nie, to niemożliwe. Ty chyba nie istniejesz naprawdę, w końcu mówią, że nie ma ideałów... To, co z Tobą przeżyłam, było czymś w rodzaju cudu. Cudu, którego nie byłam świadoma. Nie wiem, jak mogłam tak lekko, bez zastanowienia sprofanować to, co nas łączyło. Dziś dziękuję za to Bogu, za tę możliwość poznania Cię, pokochania... Dziękuję Mu za każde Twoje słowo skierowane do mnie, każde spojrzenie... Dziękuję Mu za to, że pozwolił mi kochać Ciebie... Ale nie mogę zrozumieć, dlaczego On nie chciał, żebyś nadal ze mną był? Czemu tak ułożył moje życie, że nie znalazło się w nim miejsce na naszą miłość? Czemu?
Chciałam przecież być z Tobą już na zawsze. Na początku nie wierzyłam, że nasz związek przetrwa tydzień. Ale on trwał, trwał i trwał przez ponad trzy lata i miał nadal trwać... Czy Ty wiesz, co ja teraz czuję? Zawiodłam się na sobie - bo Cię zostawiłam. Na Tobie - bo nie walczyłeś o mnie. Na mamie - że nie mogła zrozumieć, jak bardzo mnie zrani, każąc mi od Ciebie odejść...
To tak, jakby ktoś Ci teraz zabronił oddychać. Więc wstrzymujesz oddech, masz nadzieję, że to tylko na chwilę, że to głupi żart. I w końcu możesz nabrać powietrza, ale okazuje się, że jego już nie ma. Nie ma powietrza...
Kiedy byliśmy razem, byłam spokojna. Bezpieczna. Wiedziałam, co mam robić, jak żyć. A teraz? Teraz już nie ma tak, że wiem, co będzie za tydzień, rok, 10 lat. Teraz nie wiem, co się ze mną stanie za minutę, dwie... Jedyne, czego mogę być pewna, to tego, że Cię kocham i będę kochać do końca życia. Nieważne, czy to potrwa parę godzin (czego bardzo bym chciała) czy też kilkadziesiąt lat. To uczucie nie minie. Obiecałam Ci przecież, że nigdy nie przestanę Cię kochać. I obietnicy dotrzymam...
Tyle bym Ci jeszcze chciała powiedzieć, tak dużo mam Ci do opowiedzenia... Ale wiem, że Ty już nie chcesz tego słuchać. Każdego dnia udowadniasz mi, że Ty już uznałeś to naprawdę za skończone. Że już nic nie znaczę i lepiej, żebym też zapomniała o tym, co było... Nie zapomnę. Nie wymażę z pamięci tego momentu, kiedy pierwszy raz Cię zobaczyłam, kiedy pierwszy raz miałeś mnie w ramionach. Zresztą było tak wiele naszych pierwszych razów. I w ogóle tyle wspomnień... Czy Ty też to pamiętasz? Czy Ty też nie możesz zasnąć, bo ciągle o tym myślisz? Czy Ty też płaczesz? Czy Ty chociaż trochę jeszcze mnie kochasz?
Tomek, jesteś mężczyzną mojego życia. Nie raz Ci to mówiłam, wiem, ale to się przecież nie zmieniło, więc mogę to powtarzać, prawda? Tak samo nie zmieniło się to, że jesteś całym moim szczęściem. I to, że bez Ciebie zdycham. Jestem jak jakiś porzucony pies, który wiernie czeka na swojego pana, aż ten przyjdzie i go pogłaszcze...
Umrę bez Ciebie!
Beznadziejny ten art, wiem. Bo nie umiem pisać, bo to nie ma ładu i składu, bo co to za pomysł, żeby o takich rzeczach w necie pisać... Ale zrozum - moje życie się już całkiem spieprzyło i naprawdę już mi obojętne, co się wokół dzieje. Mam nadzieję, że przeczytałeś to chociaż do połowy...
Nie będziemy już nigdy razem, wątpię, żebyśmy się nawet kiedykolwiek jeszcze spotkali. Niczego bardziej nie żałuję, naprawdę. Dla mnie to koniec wszystkiego :(
Napisanie tego arta dodało mi troszkę tej odwagi, o której pisałam na początku. Chciałabym, żeby starczyło jej akurat w sam raz na zabicie się, ale niestety jest jej za mało, a szkoda...
Wybacz mi to, co zrobiłam... Kocham Cię, Tomuś :(
|