Od dwóch miesięcy. Cisza stała mi się najbliższa. Wszystkim, co mam, dzielę się z ciszą. Jednocześnie nienawidzę jej. Za to, że jest ciszą, za to, że żaden głos się przez nią nie przebije. Możesz mówić, co chcesz. Możesz godzinami opowiadać, a ona zawsze odpowie tym samym. Mało jest dni, kiedy jest cisza. Zawsze ciągle coś słychać. W szkole, w domu, u sąsiada. Ciszą możesz się nacieszyć tylko między snem a jawą, kiedy utrzymując świadomość możesz swobodnie chodzić po swoich wspomnieniach, marzeniach, wtedy właśnie jesteś sam dla siebie. Tak właśnie powinno być. Żyć samym dla siebie. Więc po co jest miłość? Po co narażać się na blizny na sercu? Nie lepiej jest zamknąć się w sobie i ograniczyć kontakty z innymi do minimum? Czy nie lepiej jest czuć fizyczny ból niż psychiczny? Zamknąć się tylko ze swoją ukochaną... ciszą, która nigdy cię nie zrani, ale też nie odpowie na twoje krzyki. Zawsze będzie wierna trwała przy tobie. Gdzieś pojawia się odpowiedź "nie". Bo warto szukać, warto próbować, ale czy ma się jeszcze siły? Czy ma się jeszcze determinację, jakiś powód do powstania po upadku? Wszystko jest względne. Wszystko się kończy, nie ma rzeczy wiecznych. Każda miłość ma swój kres. Więc po co kochać? Powiem więcej: po co żyć, skoro po kilkudziesięciu latach umrzemy, zostawiając po sobie... no właśnie, ciszę, tę, która będzie trwała z nami do końca. Nie zabierzemy ze sobą do zaświatów nic więcej niż jednego obola na drogę przez Styks. Tam nie ma już nic poza ciszą.
Ale życie jest nieubłagane. Żyjemy stale i wciąż bez względu na wszystko inne niż śmierć. Dlatego może warto nadać życiu sens. Życie bez sensu jest gorsze od śmierci. Możemy porzucić ciszę. Po co obcować z nią, kiedy żyjemy, jeśli po śmierci i tak będzie naszym jedynym kompanem. Może warto znaleźć kogoś, kto się przez nią przebije, kogo usłyszymy, kto nada naszemu życiu sens. Ale to wiąże się z cierpieniem. Miłość i cierpienie są jak dwie siostry bliźniaczki. Są tak podobne, że nie zdasz sobie sprawy kiedy jedna zajmie miejsce drugiej. Nie ma życia bez cierpienia. Można się zamknąć z dala od niego, ale po co? Może właśnie wtedy nasze cierpienie zmieni się w miłość? Wreszcie po tylu upadkach powstaniemy i wzniesiemy się wyżej niż kiedykolwiek. Może wreszcie kiedy powiem "kocham cię", nie odpowie mi cisza lecz... jej głos.
Dedykuję ten tekst jej, choć to przez nią w moim sercu powstała wielka blizna i nie miałem już sił powstać.
Jesteś bardzo wrażliwy. To cudowne... Szczerze mówiąc, nie wiem po co żyjemy. Dla miłości? A jak często ranią nas te osoby, którym ufamy bezgranicznie? Dla pieniędzy? Tego nie trzeba tłumaczyć. Dla... Boga? To jest względne. Więc wychodzi na to, że żyjemy po to, żeby umrzeć. Ale to też nie ma większego sensu... Ah.
Dodaj komentarz
Komentarze