Uzależnienia Subkultury Zdrowie Filozofia Miłość Szkoła Seks Inne Wywiady Opowiadania Poezja
Skok na główn±!

Uczuciowe tornado

Autor: nicniewiem
Odsłony: 705
Data: 28-07-2010

Moja pierwsza miłość nie istniała. Skoro jednak nazwałam tę całą żenującą sprawę "pierwszą miłością", musiało to w jakiś sposób istnieć... No tak - istniało - w mojej głowie. Niesamowite, ile szczęścia człowiek może sam sobie wyprodukować, tylko i wyłącznie angażując swoje myśli w jednostronne uczucie, wymyślając najróżniejsze barwne scenariusze do tego, co przypuszczalnie mogłoby się wydarzyć. No i na samą taką myśl, że w ogóle mogłoby – niesamowicie poprawiać sobie humor.
Pewnego dnia dotarło do mnie, że to chore. Brnięcie w to na pewno nie wyszło mi na dobre, ale nawet, gdy już sobie to uświadomiłam, nie przestawałam marzyć.

Mój obiekt westchnień wziął się właściwie znikąd. Banalny początek historii. Przyszłam do nowej szkoły i zobaczyłam go na korytarzu. Na początku nie był nikim szczególnym. Później wpadłam na jego profil na jednym z durnawych portali społecznościowych i utkwiłam w dziwnym przekonaniu, że jest jakiś wyjątkowy. Wydawał się sympatyczny, uroczy, mądry, no i lubił to co ja. Był nieszablonowy. Nawet imię miał idealne. Powoli i coraz mocniej upewniałam się tylko w tym wszystkim, bacznie obserwując i wyłapując jego imię z przypadkowo usłyszanych rozmów.
Od tamtej chwili było tak, jakby ktoś wszczepił mi aparat szpiegowski. Chciałam widzieć go jak najczęściej, wiedzieć, co robi, z kim rozmawia, jak się zachowuje. Nie podobał mi się wcześniej, a nagle zaczął mi się wydawać najpiękniejszym facetem na świecie. Na początku wystarczyło, że go widziałam. Przyprawiało mnie to o sympatyczne, nie do opisania uczucie. Chciało mi się skakać ze szczęścia, chociażby na sam widok tego, jak się śmieje. O tak, to było coś niesamowitego. Nigdy nie widziałam szerszego uśmiechu, śmiały się nawet jego oczy, a kiedy niechcący od czasu do czasu zahaczyliśmy się wzrokiem, miękły mi kolana. Dziwne, bo wtedy nie myślałam jeszcze o tym, żeby go poznać, patrzenie zdecydowanie wystarczało.

Nie wiem jak i kiedy przeszłam do kolejnego etapu mojej "choroby". A etap ten był uciążliwy, bo nagle zaczęło mi bardzo (za bardzo?) zależeć na poznaniu go. Liczyłam na przypadek lub jakąś sensowną okazję, ale taka się nie pojawiła. Zresztą, cokolwiek by się nie zdarzyło, moja nieśmiałość by mnie sparaliżowała. Znalazłam się w beznadziejnym położeniu. Niemożność zrobienia kroku naprzód mnie dołowała. Pozostawało mi odpływać razem z marzeniami, a równocześnie zachowywać tyle rozsądku, żeby wiedzieć, że szansa na ich spełnienie jest bardzo nikła. Piękne chwile tętniły tylko w mojej głowie, a ja ciągle byłam rozczarowana, bo nic się w tej kwestii nie zmieniało.
Nie patrzył na mnie, nie wiedział o mnie nic, chociaż może... Tak, w pewnym momencie się nawet dowiedział, że istnieję. Minęliśmy się na imprezie, a później upiłam się z jego kolegą, który już mnie później nie pamiętał. Nic z tego nie wynikło, poza tym, że jeden jedyny raz czułam na sobie dość długo jego wzrok następnego dnia w szkole. Później już nigdy się to nie zdarzyło - dla niego nie byłam nikim istotnym czy godnym uwagi. Trochę mnie to bolało, ale to nic w porównaniu do tego, co czułam przez kilka następnych miesięcy.
W szkole dziwnie mi było na niego patrzeć, czułam się jak psychol, który ma wypisane na czole "EJ TY, UWIELBIAM CIĘ, WIEM O TOBIE PRAWIE WSZYSTKO". Ale i tak jego widok rozstrajał mnie dostatecznie, bym mogła zawalić na przykład jakąś klasówkę.

W końcu przyszedł czas, że poczułam się zmęczona. Od pół roku nic się nie zmieniało, nadal go nie znałam, ale nie mogłam kontrolować swoich uczuć. Czułam się wobec tego bezradna. Szpiegowanie na przerwach w szkole czy odświeżanie zakładek po powrocie do domu było jak niezdrowy nawyk. Nie dało się z tym skończyć z dnia na dzień. Chciałam, żeby przestał mi się podobać, chciałam nie wiedzieć o nim aż tyle, ile wiedziałam, chciałam, żeby przestał dla mnie istnieć, tak samo jak ja nie istniałam dla niego. Byłam wręcz wściekła na siebie, kiedy widząc go nie mogłam poczuć wewnętrznej obojętności. Istotnie nie było tak źle. Nadal funkcjonowałam, śmiałam z różnych głupot, spotykałam ze znajomymi, weekendami zdarzało mi się zaszaleć i zapominać o wszystkim.
Poza tym moja choroba, nazywana (pewnie błędnie) "pierwsza miłość", mogła się innym ukazywać u mnie tylko chwilowo, kiedy zawieszałam mętne oczy na ścianie, nie słuchając, co się do mnie mówi. Ale starałam się pilnować i nie wyglądać jak zawieszony pecet albo osobnik z innej planety. Chyba skutkowało. Poza tym moja koleżanka miała podobną przypadłość. Emocjonowałyśmy się pierdołami typu: "widziałam go, rozmawiał z tym i z tamtym, stał tam, wsiadł do tego autobusu, miał nowe buty i tę samą koszulkę co wczoraj". Całkowicie porąbane, ale spędziłyśmy na tego typu relacjonowaniu dobry rok. W końcu stwierdziłyśmy, że wzajemnie się nakręcamy i ograniczyłyśmy poruszanie tego tematu do absolutnego minimum.
Tylko że mi moja choroba wcale nie przechodziła. Wydawało mi się, że on coraz mniej mnie obchodzi, ale widząc go lub dowiadując się czegoś nowego, było tak, jakbym wracała do punktu wyjścia. Czułam się jak bezradna idiotka. Powiedzmy, że byłam gotowa na jakieś drastyczne metody, żeby wybić go sobie z głowy. Starałam się być zła, gdy go widzę, wmawiać sobie, że nic mnie on nie obchodzi, ale to tak, jakbym oszukiwała samą siebie.

Aż w końcu przyszła do mnie moja niby wyczekiwana drastyczna metoda, chociaż wcale nie pytała mnie o zdanie. Był to przypadek, który chyba miał mi coś uświadomić, bo dziwne, żeby wpaść akurat na niego w trzytysięcznym mieście i to w tramwaju rzadko uczęszczanej linii, w dziwnym miejscu i o dziwnej porze. Plus najważniejsza informacja, wpaść nie na niego samego, tylko na niego z towarzyszącą mu śliczną brunetką. Poczułam się, jakby ktoś walnął mi obuchem w głowę. Nie pomyślałam o tym wcześniej, przecież to oczywiste, że on może się z kimś spotykać. Wtedy byłam jednak dość zaślepiona, nie potraktowałam owej dziewczyny jak "zagrożenia". Wyglądali dość niewinnie.
Następne kilka tygodni otworzyło mi oczy. Wcześniej nawet nie wiedziałam, że ta dziewczyna chodzi do mojej szkoły. Coraz częściej zaczęłam widzieć ich razem na przerwach - śmiali się, rozmawiali, później już nie z grupą znajomych, ale gdzieś na uboczu. Nie miałam ochoty na to patrzeć, ale beznadziejnie często wpadali mi w oczy. Wzięłam się za solidny wywiad środowiskowy i po tygodniu miałam już wszystko obcykane, wiedziałam o tej dziewczynie możliwie dużo. Najbardziej dobijało mnie to, że jest całkiem podobna do mnie, na pewno z wyglądu. Poza tym wydawała się być miła i zabawna. Nie wyróżniała się, była więc dokładnie taka jak ja - też pewnie nigdy nie miała chłopaka i widać było, że jest wniebowzięta, gdy rozmawia z nim - głównym bohaterem moich marzeń. Oczywiście zaciskałam wtedy zęby z zazdrości. Przyglądałam się jej na tyle uważnie, żeby widzieć, że ze szczęścia unosi się kilka centymetrów nad ziemią. Widocznie bohater moich marzeń nie był tylko i wyłącznie mój. Może marzyłyśmy o tym samym, a tylko dla jednej z nas to marzenie było w stanie się urzeczywistniać.
Ostatni dzień przed wakacjami - zobaczyłam coś, czego wcale nie chciałabym widzieć. Ona i on. Wtedy dostrzegłam, że ona też jest piękna, była taka urocza i miała coś wyjątkowego w oczach - oboje byli piękni. Było coś między nimi, co dało się zauważyć od razu – coś wielkiego i mocnego, co nieśmiało i powoli kwitło, by w końcu przerodzić się w niezniszczalną więź. Pierwsza miłość? O kurde! Stałam się jej świadkiem. Przypadkową ofiarą, która odniosła jednak spore obrażenia. Zobaczyłam siebie w roli tej dziewczyny, to wszystko wyglądałoby identycznie, gdybym ja była na jej miejscu. Ale nie byłam. I nigdy już nie miałam być. Bolało mnie to wszystko, ale nie chciałam jej zazdrościć.

Zaczęły się wakacje, straciłam ich z oczu, nie wiedziałam, czy są razem, czy nie. Katowałam się myślami przez dwa miesiące, czarowałam, że może to, co widziałam, nic nie znaczyło? Dlaczego tak po prostu nie mogło mnie przestać to obchodzić? Wciąż łudziłam się jakimiś nierealnie kolorowymi wizjami przyszłości, zapychając sobie mózg nieprawdopodobnie szczęśliwymi zakończeniami. Wiedziałam, że przez to znowu się potem rozczaruję. Strasznie wyolbrzymiałam ten problem, ale on wciąż tak bardzo mi się podobał. Wakacje były długie, skupiłam się na zapominaniu, wybierając dróżkę na skróty… Nigdy nie byłam typem imprezowiczki, po prostu korzystałam z każdej okazji, by zapomnieć. Moi znajomi nic nie wiedzieli, jak wielu z nich po chwilach przyjemnego odurzenia szybko odpadałam nieprzytomna. To był jednak zły sposób na zapominanie. Równocześnie z powracającym stanem trzeźwości powracał problem, tyle że jeszcze intensywniej. Nie walczyłam z tym, chciałam się bawić, żyć dalej, nie myśleć już o tym. Były chwile, że naprawdę udało mi się to myślenie ograniczyć, jednak te chwile przychodziły do mnie ze zmiennym szczęściem. Czułam się jak popadająca w skrajne stany emocjonalne wariatka. Wiedziałam, że to nie żadna miłość, tylko jednostronne zauroczenie, tylko dlaczego do cholery było takie silne i trwało tak długo? Nie byłam w stanie się z tego wyleczyć, lekarstwo musiało przyjść do mnie samo, domyślałam się, że albo jest to czas, albo następne, być może równie feralne, zauroczenie. Zdecydowanie wolałam pierwszą wersję. Nie miałam już ochoty kiedykolwiek w kimkolwiek się zauraczać. Pozostawało mi czekać.

Przyszedł wrzesień, nie wiedziałam na co mam liczyć, wciąż robiłam sobie nadzieję, ale przeżyłam tylko kolejne rozczarowanie. Nadal widziałam ich razem i to jeszcze częściej. Byli jeszcze piękniejsi, jeszcze szczęśliwsi. Patrząc na to, czułam się, jakbym była dziurawa, a od środka zjadało mnie coś bardzo niedobrego. Znowu miał mi pomóc czas. Bolało bardzo, ale pogodziłam się z tym, że są razem. Już nawet nie chciałam, żeby było inaczej, byli tacy szczęśliwi, pozostawało mi życzyć im jak najlepiej.

Minął prawie rok, nadal jestem sama i dobrze się z tym czuję. Nie udało mi się zakochać się w kimkolwiek innym. On nadal wydaje się być idealny, ale wiem, że ma dziewczynę, z którą jest szczęśliwy. Zaglądam czasami na jego profil, uśmiecham się wtedy z pobłażliwością do samej siebie, że kiedyś mogłam tak bardzo to przeżywać. Niby to minęło, ale było jak niszczycielskie tornado, po którym ciągle oszacowuję straty... Chociaż wiem, że kiedyś też uda mi się znaleźć stuprocentowe szczęście. Hmmm, może jutro? :)

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany...
Login:
Hasło:
Nie masz jeszcze konta? Przypomnij hasło

Komentarze

UserAlka25: 30-07-2010 21:14
Artykuł napisany pięknie... Miło się czytało.
Cóż, opisałaś moją historię. Może nie do końca wiernie, ale bardzo podobnie.
Zauroczenie? Nie, nieodwzajemniona miłość sprawia dużo bólu, ale ma też plusy.
Kiedy już znajdziemy swoją drugą połówkę, potrafimy się nie w pełni cieszyć.
Jeśli ktoś zazna bólu, kiedy nic go nie boli, jest najszczęśliwszy na świecie...
Mam nadzieję,że obie doczekamy się szczęścia, o którym wspomniałaś...
Userszuuuszu: 29-07-2010 17:41
Odnajduję się w twoim arcie.
Na 5. Pieknie napisany.
UserAniissa: 29-07-2010 13:11
Zawsze trzeba mieć nadzieję! Trzymaj się !
Userania2607: 29-07-2010 11:18
Długaa historia, ale ciekawa;)

Mam podobną historię...ale on miał niedawno dziewczynę... no ale teraz już nie.
od 2 lat próbuję z nim być, piszemy codzień ale wydaje mi się że on wg nie chce czegoś więcej!!! Czasami już mam dość , nie wiem co mam robić, ale żyje się dalej;/