Uzależnienia Subkultury Zdrowie Filozofia Miłość Szkoła Seks Inne Wywiady Opowiadania Poezja
Skok na główn±!

Anilewe, rozdział III, part I

Autor: Enafrim
Odsłony: 498
Data: 5-01-2010
- Już jedziesz? - spytał Ardon, chociaż dobrze znał odpowiedź.
- Tak – odparł, nakładając juki na wierzchowca.
- Też bym z tobą pojechał, ale - demonstracyjnie stukał koniuszkami palców w drewniany kikut. - sam widzisz.
- Tak.

Enafrim był gotowy do drogi już rano, ale Ardon starał się opóźnić wyjazd. Kulawy Kruk nie lubił rozstań z „bratankiem”, chociaż były codziennością tak realną, jak muskający ich twarze deszcz.

- Szkoda, ze musisz opuścić Essener.
- Też żałuję - westchnął, starając się wydobyć resztki otuchy. - Jak wrócisz, przeniesiemy się do Orfeval.

Elf objuczył konia. Zwierzę zarżało, ciesząc się na kolejną wyprawę, która właśnie się zaczynała.

- Pozdrów Joachima ode mnie. Dawno się nie widzieliśmy. Stary dureń miał zawsze dużo do powiedzenia.
- Nie zapomnę - zapewnił Enafrim, gładząc dłonią mokre od deszczu włosy.
- Daj mu to - wręczył chłopakowi zapieczętowany list. - Jak go przeczyta, to wszystko zrozumie. To dobry człowiek, ale uparty. Uważaj, co przy nim mówisz.
- Pewnie nie tak uparty, jak ty - zaśmiał się elf.
- Zapewne bardziej uparty, niż my obaj razem wzięci - odpowiedział pogodnie. Trudno mu było zdobyć się na jakiś żart. - Niech cię Bóg błogosławi, Enafrimie.
- Ciebie też, Kulawy Kruku.
- Pamiętaj, kim jesteś. Nigdy nie wolno ci zwątpić. Szatan czyha. Uważaj na siebie.

Elf wspiął się na grzbiet konia.

Deszcz nasilał się z każdą chwilą.

- Niedługo wrócę, obiecuję.
- Mam nadzieję - odrzekł Ardon.

Kary wierzchowiec ruszył kłusem po ścieżce wychodzącej z osady. Chłopiec nie spodziewał się, że przy bramie ujrzy...

- Wyjeżdżasz? - spytała Liria.
- Tak, ale wrócę. Nie powinno mi to zająć dużo czasu - odparł zaskoczony spotkaniem.
- Mam nadzieję... To znaczy... - zawstydziła się.
- Tak?
- Chciałabym cię lepiej poznać, jak wrócisz.

Słowa te uderzyły Enafrima. Dziewczynę znał bardzo krótko, prawie wcale. Naturalnie, że mu się podobała. Była piękna. Polubił jej ciepły dźwięczny głos. Ale nie mógł się spodziewać czegoś takiego. Dotąd nie zastanawiał się, czym jest to uczucie, tak często pojawiające się w opowieściach bajarzy, a jeszcze częściej w plotkach kobiet. Od dziewięciu lat całym jego światem był sierp i niebezpieczeństwo poszukiwań Graala. Przywykł do samotności.

- Enafrimie?
- Tak? - spytał elf.

Córka Barabasza zbliżyła się o kilka kroków w jego stronę.

- Czy będziesz miał czas - z każdym wypowiedzianym słowem dystans ich dzielący zmniejszał się - porozmawiać ze mną, kiedy wrócisz?

Była tak blisko, że chłopak wyczuwał zapach fiołków bijący od jej włosów.

- Proszę, powiedz, że tak - pisnęła.

Nie wiedział, co odpowiedzieć. Nigdy nie był w podobnej sytuacji.

- Tak - odpowiedział.
- To dobrze - zbliżyła się do niego i przesunęła opuszkami palców po jego zimnej dłoni. - Bałam się, że odmówisz...

- Lirio!

Dziewczyna drgnęła, słysząc głos ojca.

Płatnerz przez dłuższy czas obserwował zaistniałą sytuację.

- Witaj, Barabaszu - rzekł spokojnie elf.

Rzemieślnik odpowiedział jedynie skinieniem głowy.

- Tak, ojcze? - spytała nieco wystraszona Liria.
- Nie możesz moknąć na deszczu. Idź do domu. Matka cię potrzebuje.

Dziewczyna pobiegła w kierunku domostwa, niknąc w strugach deszczu.

- Ona jest już zaślubiona komuś innemu. Nie waż się do niej zbliżać. Zrozumiałeś?

Enafrim wyczuł cel tej rozmowy. Dobrze rozumiał płatnerza. Barabasz bał się o swoją córkę. Kiedy dowiedział się o niebezpieczeństwie płynącym ze znajomości z Ardonem, zmienił swój stosunek także wobec elfa.

- Zrozumiałeś? - spytał kolejny raz.
- Tak - odparł. Chciał już wyruszyć, aby dotrzeć do Ejrak przed zachodem słońca.
- To dobrze - trochę złagodniał. - Już cię nie zatrzymuję. Jedź spokojnie.
- Bądź zdrów - pożegnał się chłopak i ruszył.

I znowu w drogę.

***

Pogoda znacznie się poprawiła. Deszcz ustał. Promienie słońca sączyły się przez rozłożyste korony drzew, urozmaicając zielonkawą poświatą panujący wokół półmrok.

Ruda wiewiórka wdrapała się zwinnie po omszałym pniu dębu. Rosnące wokół drzewa były strażnikami sekretów tego lasu.

Droga do Ejrak wiodła przez puszczę Ar’Ezram. Chociaż trakt niejednokrotnie urywał się w gęstwinie paproci, by niespodziewanie się pojawić, była to najbezpieczniejsza droga do Irmandoru, jednego z największych ośrodków kupieckich. Tutejsi rabusie mieli zwyczaj atakować całe karawany za rzeką Rimr, gdzie przyroda stwarzała idealne warunki do grabieży. Pojedynczym wędrowcom raczej nic nie groziło ze strony złodziei. O wiele bezpieczniej byłoby narazić się na kradzież, niż na atak dzikich bestii w lesie Ornan.

Wszędzie wokół tętniło życie. Rześkie powietrze po burzy wypełniały radosne ptasie trele, które łączyły się we wspaniałe melodie. Mając odrobinę szczęścia, można by było wypatrzeć białe jelenie, mieszkające jedynie tutaj.

- Nie zdążymy przed zmierzchem - westchnął Enafrim. - No cóż, będziemy musieli rozbić obóz tutaj.

Miał rację. Chociaż przez baldachim z koron drzew nie było tego widać, słońce chyliło się ku zachodowi. Po woli się ściemniało. Z każdą chwilą rzeczywistość głębiej zasypiała w wieczornym mroku.

Elf właśnie kończył rozkładać namiot. Szerokie dęby i buki, rosnące jeden przy drugim, tworzyły półokrąg, bezpieczne schronienie na noc.

- Boże mój, dobrze mnie znasz. Wiesz, kim byłem, jestem, będę. Mimo tylu upadków, dajesz mi siłę, abym wstał. Proszę, ześlij mi łaski, które pozwolą mi iść dalej ścieżką, którą sobie obrałem. Proszę, uchroń mnie od Złego i jego zasadzek, ale niech się stanie Twoja, a nie moja wola. Amen - skończył i ułożył się na miękkim mchu.

Płomień ogniska migotał wesoło, rozpraszając ciemność nocy. Była tylko cisza i Anilewe.

***

Dodaj komentarz

Aby dodać komentarz musisz być zalogowany...
Login:
Hasło:
Nie masz jeszcze konta? Przypomnij hasło

Komentarze

Brak komentarzy