| Anilewe, rozdział III, part II |
|
Autor: Enafrim
Odsłony: 382
Data: 11-02-2010
|
|
|
|
|
***
- Boże mój, proszę, dodaj mi siły, bo boję się. Boję się, że nie podołam temu wyzwaniu. To zbyt trudne dla mnie. Czy uda mi się odnaleźć Graala? Nie wiem tego? Nie wiem nawet, czy on istnieje. Może szukam czegoś, czego nie ma? Proszę, dopomóż mi. Nie pozwól, żebym zwątpił. Niech się stanie Twoja, a nie moja wola. Amen.
Poranek rozbrzmiewał ptasimi trelami. Przyroda budziła się z nocnego snu.
Enafrim zjadł śniadanie, chociaż trudno je było tak nazwać. Kromka chleba, kilka suszonych owoców i woda. To był cały jego posiłek.
Zwinięcie obozu nie zajęło dużo czasu.
- Podmuch! - krzyknął.
W odpowiedzi rozległo się wesołe rżenie.
- Podmuch, chodź tutaj - powtórzył elf.
Zza bukowego pnia wysunął się koński łeb. Po chwili zwierzę z radością źrebaka przeskoczyło powaloną przez wiatr brzozę, parskając przy tym dumnie ze swojego osiągnięcia. Podmuch prezentował się wspaniale w porannej poświacie. Był pięknym karym koniem, potomkiem wierzchowców, którymi przyjechały wilkołaki, aby wykonać egzekucję na Ardonie. Po śmierci swoich dawnych właścicieli, trafiły pod opiekę Kulawego Kruka. Trzy lata później urodził się Podmuch. Kiedy podrósł, Enafrim zaczął go dosiadać. Os tamtego momentu towarzyszył elfowi we wszystkich wyprawach i podróżach.
- Czas się zbierać - poklepał konia po grzbiecie.
Wokół nich roztaczał się inny świat, rzeczywistość, w którą nie ingerował człowiek. Rosły tu olbrzymie drzewa, których korony szczelnie przysłaniały letnie niebo. Strzeliste sosny i brzozy pięły się wysoko ku słońcu. Niżej, gdzie swobodnie prowadziły życie leśne zwierzęta, rosły dziko krzewy. Mech zdawał się pokrywać wszystko, co było możliwe. Porastał pnie drzew, głazy, rósł powszechnie w runie, pod stopami elfa. Tętniąca w powietrzu niezwykłość zdawała się wypełniać wszystko, każde żywe istnienie w tym lesie. Była to chaotyczna harmonia, jeden wielki harmonijny chaos. Sens każdego życia wplatał się drugi, przenikając go. Gdzie kończyła się jedna gałąź, zaczynała się druga. Tam gdzie wichura powaliła spróchniałe drzewo, spod pnia odbijały młode siewki. Była to nieustająca walka o przeżycie. Mimo pozornego spokoju i ciszy, cały las pulsował życiem.
Drzewa zaczynały rosnąć coraz rzadziej i były niższe od tamtych rosnących w głębi. Więcej promieni słońca przedzierało się przez gałęzie. Ar’Ezram kończył się. Niedługo nieokiełznana puszcza miała przejść w podporządkowane człowiekowi pola, a później Ejrak. - Sancte Michael Archangele, defende nos in proelio, contra nequitiam et insidias diaboli esto praesidium - recytował Enafrim. - Imperat illi Deus; supplices deprecamur: tuque, Princeps militiae coelestis, Satanam aliosque spiritus malignos, qui ad perditionem animarum pervagantur in mundo, divina virtute in infernum detrude. Amen.
Z oddali dobiegał gwar gościńca. Tętent końskich kopyt i dźwięk toczących się kół wypełnionych po brzegi wozów, choć stłumiony, stawał się coraz głośniejszy. Był niedaleko głównego szlaku handlowego wiodącego przez Ejrak do Irmandoru. Już zaraz puszcza miała się skończyć.
Enafrim minął kilka sosen. Zaraz potem wjechał na ubitą drogę, mrużąc przyzwyczajone do półmroku oczy, które raziły jasne promienie letniego słońca. Mimo, że do południa pozostawało jeszcze parę godzin, upał był nie do zniesienia. Wokół niego tłoczyli się podróżni.
Strzeliste wieże pojawiły się na linii horyzontu. Później ukazał się wijący wokół miasta mur. Był ponad dziesięciokrotnie wyższy, niż ten broniący Esseneru i o wiele wytrzymalszy, zbudowany z kamienia. Po obu stronach bramy piętrzył się szereg baszt z łucznikami na stanowiskach. Żelazna brama miała sześć stóp wysokości i cztery szerokości. Dodatkowo strzegli jej uzbrojeni w halabardy strażnicy.
Enafrim przeszedł pod podniesionymi kratami. Tutaj rozciągały się pola uprawne. Gdzieniegdzie stały chłopskie chaty, wszystkie drewniane z dachami krytymi strzechą. Falujące kłosy zbóż lśniły złotem w blasku słońca.
Elf jechał dalej. Dostrzegał blanki kolejnego muru, nieco bardziej wyższego i bardziej obwarowanego.
Kiedy ludzie znaleźli się w Ziemi Niczyjej, wszystko musieli zaczynać od nowa. Budowali miasta od podstaw. Najpierw drewniane, później z kamienia. Dzięki wiedzy rzemieślniczej i narzędziom ze sobą zabranym, udało się wprowadzić cywilizację w tę nieprzyjazną krainę.
Za polami uprawnymi i kilkoma lasami znajdowało się serce miasta, ośrodek życia mieszczańskiego. Mieszkali tam kowale, szewcy, płatnerze, krawcy, rzeźnicy, piekarze, bednarze, każdy, kto znał się na rzemiośle oraz inteligencja. Oprócz tego znajdowały się koszary, gdzie szkolono żołnierzy, kościół, szpital i zamek, na którym mieszkała arystokracja.
Kolejna brama była już blisko.
- Jak cię zwą i skąd przybywasz? - spytał jeden ze strażników. - Enafrim, syn Ajschynesa z Maindry, przybywam z Esseneru - odpowiedział elf. - Jaki masz cel podróży? - Chcę spędzić tu noc. Później wyruszę do Irmandoru.
Puścili go.
Nawet przy samym wejściu stały kramy kupieckie. Sprzedawano różne rzeczy. Piękne ozdoby cieszyły się wielką popularnością wśród kobiet. Dalej handlowano tkaninami. W cieniu domu garncarz demonstrował swoje wyroby. Było wiele sklepów z mieczami i piekarnia...
- Łapać złodzieja!
Jakaś drobna postać w obszarpanych ubraniach przeciskała się przez tłum.
- Łapcie go! Okradł mnie! - krzyczał rozwścieczony piekarz.
Niedaleko stało stoisko z ziołami. Pęczki liści leżały związane sznurkami. Obok były grzyby, pestki, łodygi, korzonki, kwiaty, młode pędy. Jednym słowem wszystko, co mogłoby zabić i uzdrowić. Enafrim uzupełnił ekwipunek o kilka roślin, których nazwy zostały już dawno zapomniane.
Dwóch strażników ciągnęło za ręce małego złodziejaszka. Chłopiec szarpał się i kopał nogami żołnierzy. Miał około dziesięciu lat. Był brudny. Za poszarpaną koszulę miał włożony bochen chleba.
- To ten - stwierdził uradowany piekarz. - No, mały, pójdziesz do lochów.
Elf zbliżył się, aby zobaczyć powód zbiegowiska.
- Co się stało? - spytał stojącą obok kobietę.
- Złapali małego Adama. Już kilkakrotnie okradł starego Randla. Żal mi tego chłopca. Póki żyła jego matka, miał co jeść. Teraz musi kraść. Najprawdopodobniej zostanie wtrącony do więzienia, ale najpierw obetną mu dłoń i wychłostają go.
Enafrim był zszokowany tym, co usłyszał. Dobrze znał prawo tutejszych ziem, ale nie mógł pogodzić się z losem Adama.
- Jaka jest wartość tego, co ukradł? - Razem dziesięć srebrnych monet. - Dam piętnaście złotych, jeżeli oddacie mi go w swoje ręce. - Ależ panie, to diabeł wcielony. Po co ci ten mały żebrak? - protestował Randl. - Dam dwadzieścia. - Zgoda. - Trzy bochny chleba - sypnął monetami do dłoni piekarza.
Strażnicy wypuścili małego.
- Jak masz na imię? - spytał Enafrim. - Adam, ale nazywają mnie Szczurem.
Elf wręczył chłopcu chleb.
- Następnym razem nie daj się złapać. - Dobrze.
Odwrócił się i chciał już dosiąść Podmucha, kiedy poczuł, że czyjaś dłoń sięga po mieszek złota.
- Zostaw to - chwycił małego za przedramię. Ten zaczął gryźć go w dłoń, ale elf zaciskał mocniej pięść. Mały zasyczał z bólu i omiótł syna Ajschynesa przenikliwym spojrzeniem błękitnych oczu. Enafrim puścił chłopca, a ten zniknął wśród tłumu.
- Chyba miał rację, że to diabeł wcielony, co Podmuch?
Koń zarżał w odpowiedzi.
***
Dzień dobiegał końca. Słońce zachodziło, oblewając niebo odcieniami czerwieni. Zgiełk miasta ucichł.
- Proszę, dodaj mi siły, Boże mój, abym nie uległ pokusom, ale niech się stanie Twoja, a nie moja wola - skończył modlitwę, ale jeszcze długo klęczał pochylony.
- Po co się modlisz? Przecież On tego i tak nie słyszy. To Go nie obchodzi. - Nieprawda. - Nieprawda? To czemu jesteś tu sam? Czemu jesteś sierotą? - Odejdź. - Bo On nie ma czasu na takich zepsutych grzeszników, jak ty. Należysz do mnie. - Odejdź daj mi spokój. - Ty nikogo nie obchodzisz. Jesteś śmieciem. Jesteś potępiony. Należysz do mnie. Zawsze tak było i tak będzie zawsze.
- Odejdź! - łzy ciekły mu po policzkach. Czuł się beznadziejnie. - Boże, dopomóż mi, proszę.
Odkąd zaczął wyruszać na poszukiwania Graala, czuł coraz większy niepokój. Bał się, że to co robi, nie ma sensu.
- Tak, jestem zepsutym grzesznikiem i wiem, ze będę potępiony, ale niech będę ostatnim i jedynym w piekle.
Zgasił świecę i ułożył się na posłaniu. Nie było wygodne, a koc drażnił skórę, powodując swędzenie.
Znów zapadła noc, aby mógł nastać po niej dzień.
***
- Iliri, bierz małego i zarygluj drzwi. - Ajschynesie... - Będzie dobrze. Zobaczysz - pocałował żonę. - Bierz Anilewe - rzucił krótko młody mężczyzna. Miał długie ciemne włosy i muskularne ramiona. - Zarygluj drzwi i pozamykaj okna. - Ale Ajschynesie... - Damy sobie radę - zapewnił młody elf. - Zaraz będzie po wszystkim - pochylił się nad kołyską. - Co Enafrimie? - Musimy się pospieszyć. - Zdążymy, Ardonie.
***
- Leż spokojnie - szepnęła troskliwie kobieta i pocałowała główkę dziecka.
Ktoś wybił okno i przedostał się do środka.
- Czego chcesz?
Zamaskowana postać odepchnęła koszyk z kwilącym malcem. Zaraz pojawiła się kolejna osoba.
- Czego chcecie?
Potwór zsunął kaptur z głowy. Całą twarz pokrywały mu tatuaże.
- To ty, Gwidonie? Przecież byliśmy przyjaciółmi. - Gwidon nie istnieje. Jestem Berith. Żegnaj, Iliri - zatopił sztylet w piersi elfki.
Jej krzyk wystraszył dziecko, które zaczęło płakać.
- Co to? - Nic. Robota wykonana. Zaraz tu będzie Ardon z Ajschynesem. Musimy się zbierać. - Masz rację. Dobrze się sprawiłeś, Łowco. - Spal to - warknął i zmienił postać. Jak wilk, wyskoczył przez okno. - Przepraszam, mały - wziął koszyk i zaniósł go na strych. - Znajdą cię tu z łatwością. Przepraszam, że to się tak potoczyło. Berith to zły człowiek. Uważaj na niego. Pewnie mnie zapomnisz. Jestem Serafin. – wychodząc, rzucił pochodnię pod drzwi.
***
Potwór zsunął kaptur z głowy. Całą twarz pokrywały mu tatuaże.
- To ty, Gwidonie? Przecież byliśmy przyjaciółmi. - Gwidon nie istnieje. Jestem Berith. Żegnaj, Iliri - zatopił sztylet w piersi elfki.
- Nie! - krzyknął Enafrim, zrywając się z łóżka. Oblewał go zimny pot. Oddychał ciężko.
| Średnia: 4.7/5 Oceniony 12 raz(y). |
Pokaz arty autora
|
|