Jak zaklęty, wpatrywałem się w maleńką paczkę zawiniętą w wypłowiały papier przewiązany czerwoną tasiemką.
- Co się tak gapisz?!
Zaczęli mnie kopać w brzuch i bić rękami po głowie. Ale ja nic nie czułem.
- Chłopaki. Dajcie mu już spokój.
Jeden z nich chwycił prostokątne zawiniątko. Chciałem wstać i zabrać je, ale zakrztusiłem się krwią.
- Spokój. Chłopaki, spokój. Potem sobie odbijecie.
Usłyszałem oddalające się kroki i trzaski metalowych łóżek. Rozejrzałem się z uwagą wokół, jednak nic nie zobaczyłem, bo moje oczy przesłaniała ciemna mgła.
Gdy się obudziłem, wciąż leżałem na marmurowej posadzce. Usłyszałem chrapanie. Uspokojony, powoli wstałem ostatkiem sił i zachłannie chwyciłem brudną i zniszczoną przesyłkę. Opierając się o swoje łóżko, rozerwałem papier i z głośno bijącym sercem chwyciłem w dłonie niewielki zeszyt. Przekartkowałem go, niemalże delektując się widokiem charakterystycznych liter, składających się w słowa, wersy, wiersze. Zatrzymałem się na jednej z przedostatnich stron z zapisaną datą dnia, w którym to się stało i zacząłem zachłannie czytać.
- Jestem matką Łucji. Nazywam się Sylwia Kowalska, mam 42 lata. Razem z mężem wychowywaliśmy córkę. Zawsze była spokojna i zamyślona. Bardzo nas kochała i chociaż rzadko o tym mówiła, to ja to wiem. Cieszyła się życiem... Była szczęśliwa, ale rzadko się uśmiechała.
Trwaliśmy w kłębku uczuć. Jak niewinne kociaki. Mrucząc przeciągle i słodko. Otulając się mięciutko. Czuliśmy ciepło swoich serc.
- Magdalena Skoczek, lat 17. Od dzieciństwa przyjaźniłam się z Łucją. Niedawno pojawił się w jej życiu ten chłopak. Była z nim szczęśliwa i w ogóle się zmieniła. Na lepsze. Była bardziej radosna i więcej mówiła. A Michał był dla niej bardzo dobry; pomocny, sympatyczny. Zwierzała mu się ze swoich problemów, bo miała do niego zaufanie. Nie mogę uwierzyć w to, że on... że tak bardzo ją zawiódł...
Nagły powiew wiatru zniszczył panującą harmonię. Wydarł z niej wszystko nawet powietrze. Dusiliśmy się. Beznadziejnie i nieszczęśliwie. Gniliśmy w mej norze jak stare szczury którym indiańska wróżka wywróżyła z kart losu śmierć.
- Nazywam się Jakub Kowalski, mam 48 lat i jestem ojcem zamordowanej Łucji. To się stało w poniedziałek, w dniu, kiedy wcześniej kończę pracę. Wtedy jeszcze wcześniej wyszedłem, ponieważ w firmie było ważne zebranie innego działu. Około godziny wpół do piętnastej zatrzymałem się pod szkołą, w której pracuje moja żona i mniej więcej po dziesięciu minutach pojechaliśmy do mojego ojca, który jest chory. Od miesiąca jest w szpitalu na ważnych badaniach, dlatego nie mógł zeznawać. Do domu wróciliśmy przed godziną siedemnastą, a gdy wchodziliśmy już po schodach, usłyszeliśmy krzyk, który nagle się urwał. Szybko pobiegliśmy na górę, do pokoju córki. I tam...
uciekaj, mówiłam uciekaj przed karą za to czego nie zrobiłeś uciekaj, kłamałam uciekaj ja będę tu bezpieczna nic mi się nie stanie on uciekł, ja zostałam on uciekł
- Tak, to ja jestem Michał Kondej, chłopak Łucji. Poznaliśmy się, kiedy przeprowadziła się wraz z rodzicami i zamieszkała obok mojego domu. Zakochałem się w niej. To chyba wystarczający dowód na to, że jej nie zabiłem. Wiem, że wszyscy podejrzewają mnie, ale niesłusznie. Jeśli moje słowo wam nie wystarcza, to powiem, jak było naprawdę. W poniedziałek, gdy skończyliśmy lekcje, poszliśmy do jej domu. Kilka godzin siedzieliśmy sami w pokoju. Po pewnym czasie przyszedł ojciec Łucji, strasznie zdenerwowany. Kazał mi wyjść, więc poszedłem do pokoju obok. Słyszałem, jak zaczął krzyczeć na Łucję, więc poszedłem do niej. Jej twarz była czerwona. Zawsze mówiła, że ojciec ją źle traktuje, ale tym razem po raz pierwszy ją bił. Wstawiłem się za Łucję i próbowałem jej bronić, ale ona tego nie chciała. Prosiła, żebym poszedł, mówiąc, że jej ojciec nie toleruje tego, że zaprasza do domu gości, więc jak wyjdę, to się uspokoi. Z początku jej nie wierzyłem, jednak w końcu wyszedłem. Bardzo powoli schodziłem po schodach, a gdy stałem przed domem, usłyszałem krzyk Łucji. Szybko wbiegłem do jej pokoju. I tam ją zobaczyłem... Leżała na ziemi... Miała nóż wbity... Uklęknąłem. Już nie żyła. Nie żyła. To on ją zabił. Własny ojciec! I wtedy przyszła Magda i jej rodzice, i...
strach obezwładnił moje członki byłam kukiełką w rękach mego pana cynicznego mordercy nagle wyjął ostrze nawet nie poczułam bólu tylko wszechogarniające ciepło i strach przed tym co dalej osuwałam się w ciemność która zdawała się być coraz bardziej purpurowa
- Michał Kondej na mocy prawa zostaje skazany na karę dwudziestu pięciu lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata za morderstwo Łucji Kowalskiej, nie przyznanie się do winy i składanie fałszywych zeznań.
Zamknąłem zeszyt. Jeszcze wszyscy spali. Niby nadal ta sama cela, ale jednak jakaś taka inna. Słońce rzucało pierwsze lipcowe promienie na marmurową posadzkę. Usłyszałem jej głos. Tylko nie wiem, czy w mojej wyobraźni, czy w świecie istniejącym w rzeczywistości. I już niczego nie jestem pewny; nawet tego, jak było naprawdę...
Szekle: 25-05-2010 00:24 nie można dostać '25 lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na 2 lata', bo 'zawieszenie' oznacza przebywanie na wolnosci i w razie popełnienia kolejnego przestepstwa w ciagu 2 lat - idzie sie siedziec na 25 :).
Ju?: 21-02-2010 13:18 "dwudziestu pięciu lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na dwa lata" ??? Z tego co wiem, nie można zawiesić takiej kary, więc albo błąd rzeczowy, albo wyjątkowa fikcja literacka. :-) Ogólnie ok.