Dzisiaj mam osiemnaste urodziny. Posiadanie dowodu osobistego, możliwość dozwolonego siadania za kierownicą z prawem jazdy w kieszeni, odpowiedzialność karna za nieprzestrzeganie prawa.
Koniec narzekań matki na dym papierosów unoszący się w moim pokoju, możliwość wyprowadzki z domu bez jakichkolwiek problemów, samodzielne wyjazdy bez pozwolenia. Rozejrzałam się po kuchni, przepełnionej zapachem alkoholu. Pomiędzy mieszkaniami w moim domu przechodziły sylwetki, ubarwione kolorami świateł. Nawet muzyka ze startej płyty fałszowała tej nocy. Chciałam dolać sobie drinka, ale moja ręka wstrzymywała mnie przed tym zapalczywie. Wbrew sobie wypiłam parę łyków. Kilka chwil później leżałam na zimnej posadzce, pochylona nad muszlą klozetową. Zatrzasnęłam się w śmierdzącej łazience, nie zwracając uwagi na pary pragnące zająć ją dla siebie. W brudnej ręce wciąż trzymałam butelkę. Tak bardzo chciałam pogrążyć się w ciemności, jednocześnie zdając sobie sprawę z tego, że tej nocy żadne tabletki mi nie pomogą. Zaczęłam mruczeć, niezdarnie starając się poprawić sobie nastrój muzyką. Czułam, jak nieznośne myśli oplatają mnie w swojej bezwładności coraz bardziej. Moje drobne ciało z trudem przytrzymywało skórę, która chciała bezsilnie opaść. Niepokoiłam się. Ciało pragnęło uciec od poszarpanej duszy. W ostatniej chwili zebrałam w sobie wystarczającą ilość siły i odwagi, aby oprzeć się sobie samej. Wstałam i otwierając okno, wyszłam na zewnątrz. Pierwszą rzeczą, którą poczułam, był dotyk powietrza, które muskało delikatnie moją twarz. Z lubością łapałam dłońmi delikatność. Włosy szeleściły, ocierając się o moje czoło. Uniosłam ku górze dłonie i tak jak niewidomy, poczęłam dotykać swoją twarz, pragnąc poznać ją na nowo. Czułam się jak ślepa wśród ludzi. Widziałam więcej niż inni. Dotykałam ust, soczyście pełnych. Oczy, choć były zamknięte, to napełniało je poczucie bezradności. Otworzyłam je, nadal nic nie widząc. Wokół panowała nicość. Zaczęłam iść wśród ciemności, która była gęsta i ciężka. Każdy krok stawiałam z trudem, jednocześnie czując, że ma on ogromne znaczenie dla świata. Jakby odcisk moich stóp miał na wieki zostać wyryty w wysokiej trawie. Po chwili zdałam sobie sprawę z tego, że w rzeczywistości nie ma to żadnego znaczenia. Nie chcę, aby widomi przyglądali się mym stopom. One są moje i tylko moje i chcę, aby tak pozostało. Szłam dalej, pochylona, pod wiatr, który kołysał światem. Trawy poddawały się bezlitosnemu panu. Tylko drzewa wciąż uporczywie pragnęły utrzymać swoją dumę, stojąc niezmiennie. Nie wiem, jak długo brodziłam po swoich zabłoconych ścieżkach, aż w końcu weszłam w ciemny las. Zawsze lękałam się ciemności i odgłosu liści poruszanych przez szemrzącą ciemność. Jednak ta noc była inna. Ślepy nie lęka się ciemności, albowiem noc to wszystko, co jest. A ja nie boję się siebie. Nie chcę się bać swoich potarganych włosów i delikatnych stóp. Dotknęłam zimnej twarzy suchą dłonią, która gdzieś zagubiła swą jedwabistość. Szłam dalej. Pragnęłam skupić wszelkie swoje myśli na odgłosie łamanych gałązek. W pewnym momencie coś przytrzymało mnie za rękę. Zatrzymałam się i usiadłam na pniu, który udało mi się zauważyć rękoma. Trwałam tam bardzo długo, czując jedynie wszechogarniającą lekkość. Za pewien czas pierwsze promienie słoneczne zaczęły przedzierać się przez wysokie pnie drzew i muskać mą skórę. Rozejrzałam się wokoło, poznając polanę. Było to miejsce moich dziecinnych snów, o którym zdążyłam zapomnieć przez dorosłość. Przypomniałam sobie dziewczynkę z długim warkoczem i wielką wyobraźnią. O jej marzeniach, które nie zostały spełnione. Pragnienia wypełniły moją duszę, okalając ją żalem. Spojrzałam wstecz, na swoje bezbarwne życie. Zawsze czułam w nim smutek, który starannie zasłaniałam płachtą uśmiechu. Dopiero wczoraj na chwilę zatrzymałam czas i przyjrzałam się wielkiej czarnej dziurze, która tkwiła we mnie od lat. I wreszcie dowiedziałam się, co jest wewnątrz niej. Pustka. Nie miałam nic. Żebrałam o szczęście u innych, gdyż sama nie potrafiłam go sobie podarować. Byłam zbyt biedna, aby cokolwiek dać obolałej duszy. Głodna radości, wyjadałam z rąk innych to, co mi dawali ze swej łaski. Wreszcie zrozumiałam, że życia powinnam szukać w sobie, bo jeśli go nie znajdę u innych, to niechybnie umrę jako wrak siebie samej. Głęboko nabrałam powietrza, aby wystarczyło mi go na moje całe życie. Właśnie teraz się zaczęło. Jego początek dał śpiew słowika. Woda szemrała radośniej niż przedtem. Poczułam, jak zespalam się z naturą, wrastając w jej zapach. Cień liści dawał mi ochłodę. Chciałam trwać tak wiecznie, aż długie palce wrosną w pień powalonego pnia. Nagle usłyszałam swoje imię, wydobywające się z lasu. To byli ludzie, którzy widzieli oczyma. Siedziałam nieruchomo, wpatrując się przed siebie. Wkrótce stanęli przede mną moi znajomi. Nie potrafiłam ich poznać. Nie widziałam. Czułam, jak ich wzrok tkwi w mojej głowie. Chciałam im powiedzieć, czego się dowiedziałam, aby im pomóc. Aby stali się ślepcami. W końcu, gdy byłam dorosłym dzieckiem, zachowywałam się tak jak oni. Żyłam tylko na zewnątrz, bojąc się zwrócić ku wnętrzu.
- Co jest?
Podniosłam wzrok na grupkę ludzi. Niektórzy z nich trzymali się za bolące głowy. Inni mieli w dłoniach telefony komórkowe i z zapałem pisali nowe wiadomości lub czekali na odpowiedź od drugiej połówki. Ostatni nerwowo sprawdzali puste kieszenie, aby znaleźć paczkę papierosów. Chciałam ich zapytać, czy żyją. Czy istnieją, czy są.
- Co ci odbiło?
Posypał się grad przekleństw i innych słów, które nie stworzyły żadnej logicznej wypowiedzi. Jedynie z tonu głosu można było wyczytać złość i irytację. Beznadzieję.
- Jestem.
Powiedziałam, słysząc głos niebywale lekki, jakby unoszący się wyżej niż najdalej zawieszone obłoki. Widomi uznali mnie za ślepca. Słusznie. Oni odeszli, ja zostałam. Poczułam szczęście, po czym wstałam i udałam się przed siebie.
Mam już osiemnaście lat. Jestem dzieckiem. Mogę kochać kwiaty, błękit, liście, uśmiech, wodę, miłość, chmury, czerwień, piasek, naturę. Mogę kochać siebie.
Dodaj komentarz
Komentarze