Ostatnimi czasy coraz więcej ludzi odczuwa chęć pomocy drugiemu człowiekowi. Chyba każdy już słyszał hasło: "Oddając krew - darujesz życie", które od lat towarzyszy działaniom Polskiego Czerwonego Krzyża. Mimo że dostarczają ogromne ilości krwi, niestety wciąż są szpitale, w których jej brakuje. W kolejnych miastach zjawiają się białe ambulanse będące punktem poboru krwi. Istnieje wiele osób, które systematycznie się tam zgłaszają i w sumie oddały już po kilkanaście litrów, pojawiają się jednak wciąż nowi krwiodawcy. Jednym z nich jest Wojtek, który dziś po raz pierwszy udał się tam, by pomóc.
Witaj, na początku opowiedz, co skłoniło Cię do oddania krwi?
Do oddawania krwi skłoniło mnie to, że w ten sposób mogę pomóc innym ludziom, potrzebującym mojej krwi. Od razu wiedziałem, że takie zaangażowanie da mi bez wątpienia dużą satysfakcję jak i poczucie, że nie siedzę bezczynnie w momencie, kiedy mogę jednak coś zrobić. Prócz tego w mojej rodzinie wujek oddaje krew już od ponad trzydziestu lat, jest on jak dla mnie mentorem i przykładem, że warto.
To od niego dowiedziałeś się o tej akcji?
O tym, że wujek oddaje już krew od tylu lat, wiedziałem od dawna, lecz gdy osiągnąłem pełnoletniość, bo dopiero wtedy można oddać krew, zacząłem się dopytywać kiedy i gdzie odbywają się takie akcje. Już od dawna byłem przekonany, że tak jak wujek będę stałym bywalcem w tych punktach. Miałem jednak obawy, jak to będzie.
Jak wyglądały formalności poprzedzające oddanie krwi?
Wszedłem o dziesiątej do budynku, w którym odbywała się ta akcja. Tuż przy wejściu siedziała miła starsza pani. Otrzymałem od niej obowiązkowy do wypełnia druk, w którym trzeba było wpisać dane osobowe oraz odpowiedzieć na kilka pytań. Oddałem wypełniony formularz, po czym udałem się do pielęgniarki, która sprawdziła mój poziom hemoglobiny. Był w normie, więc sprawdzono mi jeszcze ciśnienie i zadano kilka pytań dotyczących stanu zdrowotnego, by upewnić się, czy nie ma przeciwwskazań, bym oddał krew.
Co było później?
Otrzymałem woreczki na krew, po czym usiadłem na specjalnym fotelu. Wbito mi igłę w żyłę i przez około sześć minut musiałem zaciskać pięść i rozluźniać w rytm bicia serca. Pobieranie zakończyło się w momencie, gdy w woreczku znalazło się 450 mililitrów krwi.
Podobno krwiodawców nie wypuszcza się z pustymi rękami, to prawda?
Tak, to prawda. Jak każdy dawca krwi, otrzymałem bon, z którym udałem się do stoiska. Otrzymałem w nim paczkę, w której znajdowały się czekolady i kawa. Później, bym nabrał sił, skierowano mnie do jadalni, gdzie kucharka dała mi ciepły posiłek. Faktycznie, po nim czułem się już zupełnie normalnie, ani razu nie zrobiło mi się słabo. Kiedy już zjadłem i wypiłem herbatę, wręczono mi książeczkę Honorowego Dawcy Krwi.
Co czułeś, gdy było już po wszystkim?
Byłem z siebie dumny, to niesamowite uczucie. W takich momentach wydaje się, że wszyscy jesteśmy jedną wielką rodziną, bo przecież mimo że nie znam osoby, do której powędruje moja krew, cieszę się z mojego czynu i ja, i druga strona. Nigdy nie wiem, czy sam nie będę potrzebował kiedyś takiej pomocy i mam gorącą nadzieję, że zostanie mi ona udzielona.
Wiele osób ma wątpliwości, czy powinno się udać do takiego punktu. Obawiają się bólu, osłabienia, powikłań i niekończących się formalności. Co byś im poradził?
Ja sam bałem się aż do samego momentu wbicia mi igły. Mimo ciągłych zapewnień wujka, nadal nie byłem spokojny. Wbrew pozorom, ból bez wątpienia jest do zniesienia, tak więc śmiało mogę przyznać, że byłem pozytywnie zaskoczony. Muszę też zaznaczyć, że pielęgniarki były bardzo sympatyczne, a całość - nawet formalności - przebiegły szybciej, niż się spodziewałem.
Czy chcesz dodać coś jeszcze na koniec?
Tak. Teraz, kiedy już jest po wszystkim, jestem pewien, że będę kontynuował tradycję rodzinną; tak jak wujek - chcę systematycznie oddawać krew. Chciałbym do tego zachęcić Was wszystkich - nas to przecież nic nie kosztuje, a dla kogoś może być szansą na uratowanie życia.
|