Nigdy nie lubiłam sportu. W-f byl dla mnie koszmarem, jednak w pierwszej klasie gimnazjum nauczycielka dostrzegła mnie i spytała czy chciałabym trenować biegi. Na początku nie chciałam się zgodzić, jednak po tym jak uświadomiłam sobie, że w domu dostrzega sie jedynie mojego brata (mistrza polski w karate, kulomiota i dyskobola) a nie mnie - wzorową uczennicę, posłuszną rodzicom, przystałam na ten pomysł. Przyszłam na pierwszy trening, nikogo nie znałam, wszyscy wydawali się zadufanymi w sobie kretynami... Pomyślałam "pierwszy i ostatni raz". Do domu odwiózł mnie mój nowy trener. Okazał się bardzo sympatyczny, mówił o biegach, zawodach, obozach i żebym nie przejmowała się innymi, bo po kilku treningach zaakceptują mnie. I tak się stało, wszscy okazali się wspaniali, świetnie się z nimi bawiłam, stali się moimi przyjaciółmi - wkrótce jedynymi, gdyż na nic innego niż terningi nie starczało mi czasu. Sport i nauka były całym moim życiem. Najmilej wspopminam wyjazdy na zawody. Każdy każdego dopingował - czy był słabszy czy lepszy, każdy każdemu gratulował - choć nie było czasem za co. Pocieszano gdy nie wyszedł start... Na obozach chodziliśmy na pizzę, do kina, wybuchały wojny na deodoranty, wodę albo poduszki, różne bijatyki. Poznałam wspaniałą osobę z innego klubu, z którą koresponduję już trzy lata. Wspólne przechodzenie przez mordercze terningi dwa, trzy razy dziennie. Wspólne śniadania, kolacje, obiady. To niby nic takiego ale strasznie nas zbliżyło do siebie. Spędzaliśmy razem 24 godziny na dobę przez dwa tygodnie ale nikt nikogo nie miał dosyć i wszyscy z niecierpliwością czekali na pierwszy terning po obozie.
Jako człowiek posiadam wady... Chociaż nie - posiadałam, bo większośc z nich mój trener pomógł mi przewyciężyć. Często krytykował mnie za zachowanie: za arogancję, niemożność pójścia na kompromis - zawsze musiało wyjść na moje, zawsze chciałam mieć rację... i każdy mi ustępował. Pomagał mi gdy miałam prywatne problemy. Dzięki tym ludziom wyzbyłam sie moich najgorszych wad, stałam się bardziej otwarta, śmiała, szczera, pozbyłam się kompleksów. Mam większą siłę przebicia. Wiem w czym jestem dobra a w czym nie, znam swoje zalety i wady. Dzięki klubowi nie miałam nawet możliwości zajścia na złą drogę - omijam nikotynę czy dragi szerokim łukiem... Teraz jestem zupełnie inną osobą, niż te cztrey lata temu, nawet ja to widzę. Nauczyłam się pokory, wyrzekałam się wielu rzeczy. Jednak mój raj niestety się skończył. W połowie dystansu na zawodach złamałam nogę - jednak i tak (jak prawdziwy zawodnik) dobiegłam do mety jako pierwsza. Skończyło się... cały mój świat, to co mnie podtrzymywało przy życiu. Gips, żmudne rehabilitacje doprowadzały mnie do szału - o bieganiu nie było mowy, byłam na granicy depresji... Jednak mój trener zaproponował mi "współpracę". Przychodzę czasem na treningi, pomagam w zajęciach, jeżdżę na zawody jako kibic. To naprawde mi pomaga. Dał mi również rozpiskę treningów nieobciążających mojej nogi. Trochę biegam, ale sama dla siebie...
Myślałam, że stracę moich przyjaciół, jednak oni byli cały czas ze mną. Teraz wspólnie organizujemy imprezy, ogniska, urodziny, a nawet wigilię we własnym gronie. Życie sportowca to zupełnie inna bajka - wspaniała bajka... Jestem wdzięczna życiu, że mimo mojej niechęci trafiłam na stadion. Poznałam wspaniałych ludzi, na których mogę zawsze polegać, wiele się nauczyłam: pokory, samodyscypliny...
Dziękuję im za to, że po prostu są.
|