W chorobę nie wpadłam jak większość z was. Przynajmniej nie na początku. Nigdy nie miałam nic do swojego ciała. Chodziłam normalnie do szkoły. Nie należałam może do tych lasek, które mogą jeść i nie tyją , ale w klasie miałam opinie najładniejszej laski, a ponieważ moje gimnazjum jest małe, znała mnie cała szkoła. Wcześniej chodziła tu moja siostra, która była znana ze swojej urody i tak jakby już zrobiła mi opinię. Gdy przyszłam do szkoły wszyscy znali moje nazwisko (również dzięki tacie, bo pracuje w szkole).
Tak na poważnie zaczęło się dopiero w drugiej klasie gimnazjum. Latem pojechałam na obóz i sporo schudłam. Gdy wróciłam do szkoły we wrześniu wszyscy zachwycali się moim nowym wyglądem. Zauważyłam, że przez to wyglądam dużo lepiej, a chciałam zatrzymać dobrą opinię w klasie. Dziewczyny ciągle robiły to co ja, ubierały się tak jak ja i zaczęło mnie to wkurzać. Przecież każdy chce mieć swój własny styl.
Nie chodziło o chłopaków. Ich mi nie brakowało. Wręcz strasznie mnie irytowali. Potrafili się nieźle podlizywać. Byłam im też potrzebna na sprawdziany. Innym laskom gadali bzdury na mój temat, bo nie chciałam z którymś być albo rozmawiałam ze starszymi.
Uczyłam się cały czas. Zawsze miałam opinie laski, która dużo imprezuje, ale dobrze się uczy, więc, mimo że robiło się trochę trudniej (u nas w szkole wymagają bardzo dużo) wciąż miałam dobre oceny... Dostałam się do szkolnej drużyny siatkówki, więc ciągle trenowałam. I nie jadłam. Na początku z braku czasu, później z przyzwyczajenia.
Gdy znów schudłam moja matka strasznie się zmartwiła. Wcześniej nie zauważała, że prawie nic nie jem. Moi rodzice nigdy nie maja czasu, więc nie gotują. Specjalnie unikałam jedzenia gdzie się dało. Nie chodziłam do restauracji, na domówki. Chodziłam tylko na zwykłe imprezy do klubów. Tam nikt nic nie je. Potrafiłam, mimo ciągłych treningów, cały dzień chodzić o jednym waflu ryżowym. W drużynie dużo lasek paliło papierosy. Byłam głupia i nie odmówiłam. Przez to nie czuje się głodu. Któregoś dnia poszłam do szkoły jak zwykle bez śniadania i... zemdlałam. Pielęgniarka zawiadomiła moja matkę, ale na tym się skończyło. Wszyscy uznali, że byłam zbyt przemęczona i nie jadłam rano. A ja nie jadłam już od dobrych paru dni. Nie czułam takiej potrzeby... Chciałam też, żeby znów wszyscy zauważyli jak schudłam. I, żeby rodzice się zainteresowali. Byłam głupia...
Wszystkie moje stare ciuchy wisiały na mnie jak na wieszaku. Zawsze miałam bardzo duży biust. Cieszyłam się, że zmalał razem z nogami i resztą mnie. Zawsze miałam wrażenie, że chłopaków interesuje tylko ON.
Moja przyjaciółka cały czas myślała, że jem w domu. Wciskałam jej setki kłamstw, a nawet czasem specjalnie brudziłam czymś rzeczy i mówiłam, że to przy jedzeniu, żeby nie miała wątpliwości.
W liceum nie było już takich problemów, bo nie trafiłam tam z nikim znajomym. Wszyscy myśleli, że jestem szkieletem z natury i nie mogę przytyć. Na spotkania rodzinne ubierałam duże bluzy, swetry i za luźne spodnie. Ale czułam się tak słabo, że były dni, że nie wychodziłam z łóżka parę dni i omijałam szkołę. Mimo iż schudłam, zaczęło mi wyskakiwać pełno pryszczy, włosy wypadały garściami i cera była sucha i szara. Nie chciałam jednak iść na solarium. Nie chciałam niszczyć skóry, choć niszczyłam sama siebie już dawno.
W drugim semestrze pierwszej klasy liceum trafiłam do szpitala. Lekarz, który robił mi badania (przy okazji tego, że miałam znów grać w drużynie, którą sama założyłam w nowej szkole) poważnie się zmartwił. Nie miałam siły grać, ale siatkówka była całym moim życiem. Lekarze stwierdzili, że mam anoreksję i muszę zacząć się leczyć. Zatrzymali mnie w szpitalu, przeprowadzili setki rozmów z rodzicami. Po tygodniu wróciłam do domu, ale rodzice mieli mnie cały czas na oku. Sami wpychali we mnie jedzenie. Było to dla mnie tak ohydne, że płakałam.
Teraz jak na razie nie tyję, ale i nie chudnę. Nie mogę grać. Staram się uczyć, ale ostatnio mi nie idzie. Najchętniej cały czas bym spała albo oglądała telewizję. Wpadłam w depresję... Nie z powodu dużej wagi jak inne dziewczyny. Z powodu ZA MAŁEJ wagi. Chodziłam do psychologa, bo zaczęłam się ciąć. Ciągle płakałam, bo myślałam jak zwaliłam sobie życie. Kiedyś byłam przecież tak szczęśliwa... Nie mogę na siebie patrzeć. Lustro to tak jak jedzenie - najgorszy wróg. Zazdroszczę patrząc na normalnie dziewczyny z krągłościami i nawet z wystającym tłuszczykiem. To śmieszne, ale nie chcę jeść, ale też nie chcę tak wyglądać...
Wiem, że muszę się postarać. Niedawno byłam znów w szpitalu i dostawałam leki. Lekarz powiedział, że mam się ratować, bo niedługo moja sytuacja będzie kryzysowa, a kto ma mi pomóc jak nie ja sama. Będę walczyła. Dla siebie. Dla rodziny. Dla mojej przyjaciółki, która teraz mnie potrzebuje.
I jednak chyba wpadłam jak większość. Chciałam być idealna.
|