Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Może w chwili poczęcia. Dostałam takie geny, nie inne i to dlatego. Może gdy byłam małym dzieckiem. Może dlatego, że matka wychowała mnie najlepiej, jak umiała, ale był to zły sposób.
Nie wiem, co mi jest. Czy w ogóle coś mi jest. Zwykła nastolatka. Mam problemy takie jak miliony innych. Niczym się od nich nie różnię. No, może tym, że ja sobie nie radzę.
Nic się nie dzieje. Mam przyjaciółki, chłopaka. Powinnam być szczęśliwa. Nie wiem, czy jestem. Noce spędzam, płacząc. I krzywdzę siebie, często niespecjalnie. Gdy coś się zaczyna układać, ja to niszczę. Na przykład teraz. Chcę zerwać z chłopakiem. Nie wiem dlaczego. Nic się nie stało. Kocham go. Ale...
Wiele osób ma problemy takie jak ja. I sobie z nimi radzą. Jak to jest, że ja nie? Że jednego dnia chcę się pociąć, a następnego robi mi się słabo na samą myśl o tym, że mogłabym siebie skrzywdzić? Chodzę do szkoły. Śmieję się. Jestem szczęśliwa. A za kilka godzin mam myśli samobójcze. Świadomie nie chcę się zabić. Obiecałam sobie, że nigdy tego nie zrobię. Chcę walczyć do końca, choćbym miała być nieszczęśliwa. Nawet wtedy, gdy dni zlewają się w jedno. Gdy po prostu istnieję, zamiast żyć. Do bólu bardzo łatwo jest się przyzwyczaić.
Przez wiele lat byłam jedyną osobą, której mogłam zaufać. I dlatego nigdy nie złamię obietnicy danej sobie, ale... Łapię się na tym, że robiąc kanapkę, przejeżdżam nożem po ręce. Idę i tracę równowagę. Wpadam na ścianę. Uderzam o nią głową. Żyję czasami jak na autopilocie. Robię automatycznie różne rzeczy, które powinnam robić. Nie czuję bólu. Czasami stoję z boku i obserwuję świat.
Wciąż szukam nowych sposobów na zabicie czasu. Kiedyś bardzo rzadko siedziałam przy komputerze. Teraz robię to prawie bez przerwy. Gdy mam gorszy dzień. Gdy mam lepszy, jestem szczęśliwa. Czytam książki, chodzę na spacery, umawiam się ze znajomymi.
Obiecałam sobie, że już nigdy się nie potnę. Szukam sposobu na obejście tej obietnicy. Gdy biję się z całej siły, to trochę pomaga. Tylko trochę. Gdy to robię, czuję się winna. Tyle osób stara się mi pomóc, a ja sama robię sobie krzywdę. Tyle osób mi powtarza: Gdy coś się będzie działo, dzwoń. A ja i tak wolę cierpieć w ciszy i samotności. Nie. Bzdura. Chciałabym, żeby ktoś ze mną był, gdy jestem nieszczęśliwa. Chciałabym komuś o tym wszystkim opowiedzieć. Nie być sama. Nie umiem. Próbuję. Najwyraźniej za mało.
Dlaczego tak jest? Kiedyś miałam nieśmiertelną nadzieję. Cokolwiek się zdarzyło, byłam pewna, że mój zły nastrój minie i będzie dobrze. Ostatnio nieśmiertelna nadzieja zaczęła chorować na raka. Już tylko czasami, bardzo rzadko, odzywa się do mnie.
Często mam wrażenie, że za szybko dorosłam. Gdy byłam dzieckiem, byłam poważna, odpowiedzialna, samodzielna. Teraz, gdy jestem starsza, wymaga się tego ode mnie. Żebym brała odpowiedzialność za swoje czyny. A ja czuję, że to mnie przerasta. Że jestem tylko małym, przestraszonym dzieckiem, które nigdy przy nikim nie czuło się bezpiecznie. Myślę, że to przez brak ojca.
Mój chłopak mówi mi, że molestowanie seksualne to poważna sprawa. Może. Może, gdy to się dzieje innym. Ale ja uważam, że to dla mnie żadne usprawiedliwienie. Wiele osób to spotkało i sobie z tym radzą. To nic takiego, odpowiadam i słyszę: Czy gdybym zrobił to którejś dziewczynie, to też byłoby nic?. Nie, odpowiadam. Nie, ponieważ mówił, że nigdy by czegoś takiego nie zrobił. Zaufałam mu. A to zniszczyłoby moje zaufanie raz na zawsze. Mówi, że siebie mam za nic. Jest pierwszą osobą, która zauważyła. Której udało się poznać mnie na tyle dobrze. Ludzie zwykle widzą, co chcą. Zimna, poważna, zadziera nosa, uważa się za pępek świata.
Może naprawdę taka jestem. Może dojdziecie to takiego wniosku, czytając to.
Ostatnio zaczęłam się zastanawiać nad pójściem do psychiatry albo psychologa. Ale nie chcę nikogo mieszać w moje problemy. Nie chcę, by dowiedzieli się rodzice, nauczyciele. Nie wiem, czy umiałabym powiedzieć komuś o wszystkim. Brakuje mi odwagi. Może kiedyś.
Patrząc na objawy, można dojść do wniosku, że to depresja. Ale może wcale nie?
Wiem, jestem głupia. Zachorować można w każdym wieku, nie powinnam tego tak zostawiać. Ale... tak zrobię. Wiem to. Skłonność do krzywdzenia samej siebie. Czytając to, można dojść do wniosku, że wymyśliłam to sobie, że użalam się nad sobą. Trudno. Myślcie o tym, co chcecie.
A wiecie, co jest najciekawsze? Wcześniej napisałam: Często mam wrażenie, że za szybko dorosłam. To nieprawda. Nie dorosłam. Jestem nastolatką. I to ledwo. Mam 13 lat. Często chciałabym być młodsza.
Czasami mówię, że moje problemy zaczęły się, gdy skończyłam 13 lat. Ale wcześniej też nie było w porządku. Tyle, że wtedy źle było przez kilka dni, tygodni, miesięcy. Nie przez rok.
Może mam rozdwojenie jaźni? Nie, niemożliwe. Ale jednego dnia jestem okrutna, tnę się, nienawidzę siebie i całego świata, a następnego pomagam wrogom, mdleję na widok krwi i nie wyobrażam sobie, jak mogłabym kogoś zranić ostrym słowem. Może to normalne?
Oprócz tego kocham moje życie. Ze wszystkimi jego wadami i zaletami. Nie żałuję niczego z przeszłości i gdybym miała taką możliwość, nie zmieniłabym niczego. Nawet jeśli to doprowadziło mnie do dzisiejszego dnia.
|